środa, 11 kwietnia 2018

Kryształy Rady Dzieci. Positano

O urokach i mankamentach Wybrzeża Amalfi pisałam już TU, jednak Positano zasługuje, żeby napisać o nim osobno.
Kiedyś rybacka wioska, dziś luksusowy kurort, w którym turyści wypłoszyli wszystkie ryby, a po rybakach nie pozostał żaden ślad. Przy pomoście, zamiast rybackich łodzi, stacjonują rowery wodne, kajaki i deski surfingowe. W przyklejonych do skały domkach, w których kiedyś kwaterowali rybacy, dziś mieszczą się hotele i eleganckie butiki z lnem i ceramiką. Opowieści o tym, że gdy w Positano skończy ci się mydło, to za nowe zapłacisz 20 Euro, wcale nie są przesadzone.
Dziś już chyba nikt tutaj na stałe nie mieszka. Podobno w XIX w. połowa mieszkańców miasteczka wyemigrowała do Australii. Zostały tylko syreny w okolicznych wodach.

Na łamach Harper's Bazaar John Steinbeck pisał, że Positano wydaje się nierealne, gdy w nim przebywasz, a powraca do normalności dopiero, gdy je opuścisz. Cóż, na mnie Positano zrobiło wrażenie aż za bardzo realnego. Poruszający się w żółwim tempie sznur samochodów na drodze dojazdowej był wybitnie namacalny. 
Obecny klimat miasteczka zapewne różni się od atmosfery panującej tam w latach 50-tych ubiegłego stulecia, choć pastelowe domki z arkadowymi tarasami, kościół Santa Maria Assunta z żółtawą kopułą z ceramicznych płytek i lazurowy kolor morza pozostały bez zmian.

Plaża w Positano, jak zresztą wszystkie plaże na Wybrzeżu Amalfi ma tę zaletę, że pomiędzy kamieniami połyskuje mnóstwo kolorowych, wypolerowanych przez wodę, szkiełek. Takim skarbom nie oprze się chyba żadne dziecko, a więc motywację "jedziemy na wycieczkę, dostaniecie najlepsze lody we Włoszech" możemy zachować na inną okazję, a tym razem zachęcić dzieci do wycieczki rozpalającym wyobraźnię "chodźcie, nazbieramy kryształów".
I rzeczywiście, nazbieraliśmy. Z Wybrzeża Amalfi wróciliśmy z workiem kolorowych szkiełek, z którymi, do dziś, nie bardzo wiadomo, co zrobić. Chłopcy uważają, że są piękne.


















poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Wojna psychologiczna

To zastanawiające, że w wojnie psychologicznej, tlącej się bezustannie pomiędzy chłopcami, z przerwami na najlepszą komitywę oraz taktyczne rozejmy służące stworzeniu wspólnego frontu przeciwko rodzicom, to ten młodszy ma wyraźną przewagę i bez trudu wygrywa większość potyczek. Opanował przebogaty repertuar prowokacji werbalnych i fizycznych, absurdalnych żartów i ripost, zamaskowanych donosów („Dobra, przyznaję się, to Michał wylał!”) itp. Posiadł  też i bez żadnych skrupułów stosuje, umiejętność subtelnego trącania strun nękających brata lęków, np. rzucone w czasie wspólnej żeglugi kajakiem, tak niby mimochodem, pod nosem i tylko do siebie pytanie: „ciekawe, czy tu są sumy?” w sytuacji, gdy Michał przeczytał gdzieś o wielkich sumach atakujących dzieci kąpiące się w Wiśle i w związku z tym przez dwa miesiące odmawiał wejścia do wanny. Świeżo zaleczona trauma wróciła i tylko fakt, że byliśmy na środku jeziora powstrzymał Michała przed natychmiastowym opuszczeniem pokładu. 
Po chwili refleksji dodam, że ja też zazwyczaj wracam z takich z Jasiem okazji całkowicie na tarczy. 

W tych warunkach Michał już od dawna uskarża się na trwały rozstrój nerwowy, kreśli wizje przyszłości spędzonej w domu bez klamek i domaga się stanowczo leków i terapii. 
Chociażby wczoraj. Wieczór, tak ok. 23.20. Chłopcy, acz z ociąganiem, udali się w końcu do łóżek. Z tym, że Jaś natychmiast opuścił swoje, zakradł się do sypialni rodziców i wygodnie umościł w ich łóżku. To bardzo rozsierdziło starszego brata, który zaczął się głośno domagać wyjaśnień, dlaczego jest sam w dziecięcym pokoju. Ani trochę nie uspokoiły go zapewnienia taty, że absolutnie nie jest tam sam, bo pod jego łóżkiem aż roi się od potworów. Wręcz przeciwnie, w stanie wielkiego wzburzenia pofatygował się do naszej sypialni i nuże wylewać potoki pretensji, żądań i pogróżek do pleców doskonale go ignorującego brata. Kiedy zakończył tę trwającą kwadrans tyradę, usłyszał jedynie wyrecytowane głosem automatu, z niezmąconym spokojem i pełną powagą: „Jasio, do którego dzwonisz, jest w tej chwili niedostępny. Zostaw wiadomość po usłyszeniu sygnału. Biiiiip..."














Autorem tekstu jest Hubert.

czwartek, 29 marca 2018

Wybrzeże Amalfi

Podróżowanie po Wybrzeżu Amalfi w czerwcu wymaga cierpliwości. I wcale nie jestem pewna, czy widoki wynagradzają upał, ścisk na plażach, wielogodzinne stanie w korkach i brak miejsc parkingowych. Co najwyżej można się pocieszać, że w sierpniu jest jeszcze gorzej. Po raz kolejny przekonałam się, że najlepsza pora na wyprawy do Włoch, to przedwiośnie - wszędzie pustki, a temperatura już prawie letnia. 
Ponieważ na Amalfitanie - wąskiej i krętej, wykutej w skale, drodze, biegnącej wzdłuż całego wybrzeża, nie ma się gdzie zatrzymać, większość zdjęć zrobiłam przez okno samochodu. Raz nie wytrzymałam, zatrzymałam samochód na środku drogi, chwyciłam aparat i wyskoczyłam na sekundę. Na szczęście Włosi, znani ze spontanicznego, nieograniczonego, towarzyskiego wręcz, używania klaksonów, tym razem na mnie nie trąbili, tylko również powysiadali z samochodów i zaczęli robić zdjęcia.


Amalfi


Amalfi

Nasi przyjaciele - Orietta i Adam (to ta sympatyczna para na zdjęciu poniżej) mieli nieco większe szczęście z parkowaniem i połowa zdjęć z tego wpisu została zrobiona przez nich. 
W ogóle parkowanie w tych małych, przyklejonych do skały, miasteczkach, to jest osobny temat. Jeśli już uda nam się znaleźć parking bez tabliczki mancanza di parcheggi czy occupato, najprawdopodobniej taki za 4 Euro za godzinę, kluczyki oddajemy parkingowemu i on zaparkuje nasz samochód, a następnie zastawi go ze wszystkich stron innymi samochodami w odstępach po pół centymetra z każdej strony. Dobrze jest z góry zadeklarować, na jak długo zostawiamy pojazd, żeby został na czas odblokowany. I lepiej nie przyglądać się tym manewrom, jeśli nie posiadamy pełnego ubezpieczenia.

Katedra Św. Andrzeja (Duomo) w Amalfi



Ale skupmy się na pozytywach. Choć Amalfitana wijąca się jak wąż boa, dzieci nie dostały choroby lokomocyjnej, co było miłą odmianą po fatalnych mdłościach Jasia w Cinque Terre, kiedy to jeszcze przez wiele dni po wycieczce zeskrobywałam z fotelika na wpół przetrawione kawałki prosciutto cotto.
Po wtóre, w końcu jednak zaparkowaliśmy (nawet dwukrotnie), a parkingowy po mistrzowsku operował tą układanką, której elementem był nasz samochód i nie zrobił na nim ani jednej ryski.
Po trzecie, czwarte i piąte, miło było pokopać w czarnym piachu plaży w Positano, pójść na krótki samotny spacer tamże, zobaczyć XI-wieczne Duomo w Amalfi, złamać ząb na pestce czereśni oraz, na sam koniec, wypić espresso w spokojnym Minori i zanurzyć się w ciepłym morzu, już bez jakichś spektakularnych widoków, co prawda, ale i bez tłumów. A następnie, z poczuciem spełnienia i bez niedosytu, opuścić Wybrzeże Amalfi, zwane włoskimi Międzyzdrojami i bez pośpiechu ruszyć autostradą do Kalabrii, gdzie czekały na nas jeszcze ponad tydzień wakacji, zupełnie puste plaże, brązy z Riace i wykopaliska z V w. p.n.e. na każdym kroku.


Salerno


środa, 21 marca 2018

Zdobycie Muzeum Messnera w stylu mediolańskim

Być może Hubert nie był pierwszym Polakiem, który dokonał zimowego wjazdu kolejką linową na Kronplatz (2,275 m), a następnie w warunkach ekstremalnych - w zamieci śnieżnej, lodowatym wichrze i zaspach po pas, pokonał trasę 400 m do tamtejszego Messner Mountain Museum, ale prawdopodobnie pierwszym, który uczynił to w stylu mediolańskim, czyli bez tlenu, w eleganckich półbutach, jedwabnym szaliku i pikowanej kurteczce. 
Hubert zapowiada, że do końca 2020 r. zamierza zdobyć koronę muzeów Messnera. Brakuje mu jeszcze pięciu. Chyba, że w międzyczasie władze regionu autonomicznego Trydent - Górna Adyga zafundują Reinholdowi siódme muzeum. Nigdy nie należy się poddawać.

Muzeum Messnera na górze Kronplatz znajduje się w niezwykłym, wbitym w skałę, budynku projektu Zahy Hadid. Ze skały wystają tylko wejście i taras widokowy, reszta obiektu ginie we wnętrzu góry.
Sama zawartość muzeum nie zwaliła nas z nóg, po obejrzeniu skarpet Reinholda Messnera z wyprawy na Sziszapangmę, moje życie wciąż jest takie samo, ale warto się tam wybrać, dla samego budynku Zahy. Nie znalazłam w nim ani jednego kąta prostego.

W drodze powrotnej uważajcie, czy wsiadacie do tej samej kolejki linowej, którą przyjechaliście! 
My najwyraźniej myślami byliśmy wciąż jeszcze przy skarpetach Messnera, bo zjechaliśmy inną kolejką i wylądowaliśmy 10 km od samochodu. U podnóża góry Włosi doradzili nam powrót na szczyt i przesiadkę do właściwej kolejki. Niestety na skipasie mieliśmy już równe zero. W końcu zdecydowaliśmy się na powrót pociągiem, a potem autobusem.
Za to widoki z tej drugiej kolejki były zdecydowanie lepsze niż z pierwszej, więc warto było się zgubić.


Mountain Messner Museum Corones





Pocztówki i but Reinholda Messnera






Wichura śnieżna i dosłownie wbijajace się w twarz lodowe igły sprawiły, że nie byliśmy w stanie obejrzeć budynku ze wszystkich stron.



W schronisku Corones regenerowaliśmy siły po wycieńczającej wyprawie. Dostaliśmy tlen, wursta i bombardino.


Po lewej - właściwa kolejka, po prawej - niewłaściwa kolejka, ale z pięknymi widokami. Przejeżdżaliśmy nad trasami narciarskimi, wijącą się rzeką, miasteczkami i zamarzniętym jeziorem.

poniedziałek, 12 marca 2018

Nasz sielski tydzień na farmach - przewodnik po Tyrolu Południowym (2)

Wybierając nocleg w Tyrolu Południowym, najlepiej ominąć wielkie hotele i zatrzymać się na którejś z 1700 farm zrzeszonych w organizacji Roter Hahn (Gallo Rosso, Czerwony Kogut), wspierającej lokalnych rolników. Farmy to miejsca z duszą, klimatyczne, cudownie niezatłoczone, a w większości przypadków mieszkanie na nich jest tańsze w porównaniu hoteli.
Gospodarstwa oferują wysoki standard, czasami są wręcz luksusowe, a każde z nich jest jedyne w swoim rodzaju. Jest w nich tylko kilka pokoi, aby każdy gość mógł być traktowany wyjątkowo. Wszyscy gospodarze, których miałam przyjemność poznać, byli ponadprzeciętnie sympatyczni, a ja sama już dawno nie czułam się tak zadbana i pod dobrą opieką. Gospodyni w Schloss Gravetsch pożyczyła mi nawet swoją prywatną suszarkę do włosów.

Dzieciaki mogą uczestniczyć w życiu farmy - karmić zwierzęta, asystować przy dojeniu krów, zbierać owoce i warzywa w sadzie. Dorośli też mogą robić wiele rzeczy wspólnie z gospodarzami: jeździć na nartach, wspinać się po górach, uczyć się gotować regionalne potrawy, albo - tak, jak my - brać udział w warsztatach rzeźbiarskich. I też mogą bawić się ze zwierzętami. Hubert, gdybym tylko mu na to pozwoliła, chętnie zaprosiłby Fionę, bernardyna gospodarzy, do naszego łóżka.

Ale bywają też takie gospodarstwa, do których w ogóle nie można przyjechać z dziećmi. W takich miejscach można liczyć na wino z własnej winnicy i mieć pewność, że rankiem następującym po intensywnej i przedłużającej się degustacji lokalnych win, nie zostanie się zbudzonym przez wysokie i czyste jak dzwon dziecięce głosiki.

Tym razem naprawdę się przyłożyłam i znalazłam cztery miejscówki z duszą, które nie powinny rozczarować nawet najbardziej wymagających podróżników.

1. Taras widokowy na czarodziejskiej górze 

Ahner to przepięknie położone gospodarstwo z najlepszym w całym Południowym Tyrolu widokiem na pasma górskie i malowniczą dolinę Eisacktal. Na tarasie można wylegiwać się godzinami, a słońce świeci tam podobno przez 300 dni w roku! 
To właśnie w Ahner zjadłam obiad, który wspominam do dziś. Gospoda słynie z lokalnej kuchni, w karcie możemy znaleźć m. in. tyrolskie Schüttelbrotfrittaten, knedle ze speckiem, zupę gulaszową z wołowiny z własnego chowu, Schlutzer oraz kieszonki z ciasta nadziewane pokrzywą, dynią lub serem. Na deser obłędny Apfelstrudel. To był ten dzień, kiedy, mimo totalnego przejedzenia, poprosiłam o dokładkę.

Wieczorami gospodarze organizują wieczory kulinarne i kursy gotowania. Żałuję, że nie miałam okazji wziąć w nich udziału, bo potrawy z Ahner śnią mi się po nocach.

Zimą Ahner to idealne miejsce dla narciarzy (do ośrodka narciarskiego jest jakieś 15 km), latem - dla rowerzystów. Dzieci mogą pojeździć na kucyku i pobawić się ze zwierzętami. A jeśli rodzice się zgodzą, można (oczywiście po wcześniejszym uzgodnieniu z gospodarzami) zabrać królika do domu. 

Latem można popływać w naturalnym stawie kąpielowym, odnoszę wrażenie, że te naturalne, samooczyszczające się stawy są teraz w Tyrolu bardziej popularne niż chlorowane baseny. Niestety w zimie, kiedy odwiedziłam farmę, staw był schowany pod śniegiem.

Rodzina Armin Klammer
 Ahnerberg 106
39037 Rodeneck
Tel. +39 0472 454158
info@ahner-berghof.com
www.ahner-berghof.com
www.roterhahn.pl/pl








Aby należeć do stowarzyszenia Roter Hahn, farmy muszą spełniać wysokie standardy. Jednym z nich jest urządzenie pokoi dla gości z naturalnych materiałów. Obowiązkowe są m.in. drewniane parkiety.


2. Zamek nie tylko dla księżniczek

Ansitz Schloss Gravetsch to miejsce z historią, której początki sięgają XII w. Miejsce z freskami na ścianach, własną kaplicą (dwa razy do roku odbywają się w niej uroczystości) oraz niewielkim skansenem, w którym mieszczą się historyczne, nieużywane już sprzęty gospodarstwa domowego.
Na zamku jest wszystko, czego potrzeba do udanego urlopu - widok na góry i strzelistą wieżę kościoła w Villanders, opieka dla dzieci (dostępna na zamówienie), unoszący się w powietrzu duch historii, oraz pyszne śniadanie złożone z produktów z gospodarstwa. Nic tak dobrze nie gasiło mojego pragnienia jak sok z gruszek z pobliskiego sadu; potrafiłam wstać w środku nocy, żeby się go napić. 
Ciepły piec i przytulny drewniany wystrój pokoju sprawiały, że wcale nie chciało mi się z niego wychodzić.

W pobliżu zamku znajdują się wyciągi narciarskie i trasy wspinaczkowe. Do Bressanone - jednego z najbardziej urokliwych miasteczek Tyrolu Południowego - jest 12 km. W samym Villanders też jest klimatycznie, nie brakuje restauracji z kuchnią regionalną, a w lokalnej pizzerii panowie dostają pizze okrągłe, a panie w kształcie serca.

Rodzina Martin Pupp
Gravetsch 11
39040 Villanders
Tel. +39 349 5137704
info@schloss-gravetsch.com
www.schloss-gravetsch.com
www.roterhahn.pl/pl



Hubert i Fiona



Na farmach spod znaku czerwonego koguta możemy liczyć na pyszne, ekologiczne jedzenie własnej produkcji. Wg standardów Gallo Rosso 80% oferowanych produktów musi pochodzić z regionu, w tym 30% z farmy, na której jesteśmy. 




Hubert próbuje dotknąć światła.




Ciepła i zawsze uśmiechnięta gospodyni w Schloss Gravetsch.


Każdego ranka przed naszym pokojem czekały dwa koszyki z pysznym śniadaniem. a w koszykach m.in. sery, jogurty i mleko od własnych krów, dżemy i sok z owoców z własnego sadu, świeże pieczywo, kawa, herbata z ziół z ogrodu, orzechy i mnóstwo innych smakołyków. Dwukrotnie pojawił się nawet Apfelstrudel.




W zamkowych zabudowaniach mieszkają krowy, kury, psy, koty i króliki.



3. Raj dla dzieci - domek na drzewie i spanie na sianie

Feilerhof to jest farma, na którą na pewno wrócę z dziećmi. Dorośli mają tu swój dwupoziomowy domek z wielkim oknem na całą ścianę, obejmującym obie kondygnacje, a za oknem wspaniały widok na góry. Na pierwszym piętrze są sypialnie, na dole część jadalna i taras, pod który - uwaga, uwaga - dwa razy dziennie przychodzą z gór sarny i proszą, żeby je nakarmić!

Dzieci mają swój własny domek, usytuowany w pobliżu domku rodziców i to jest prawdziwy raj - łóżko wysłane jest sianem, na ścianie za łóżkiem znajduje się ścianka wspinaczkowa, na środku pokoju stoi stół do piłkarzyków, a pod ścianami pojemniki z zabawkami.
A, oprócz tego wszystkiego, jest jeszcze domek na drzewie, odkryty basen i zwierzęta - konie, krowy, kozy, kury, koty i króliki.

Panowie też będą zadowoleni - gospodarze organizują popołudnia z majsterkowaniem i wieczory przy knedlach.

Farma Feilerhof znajduje się na stoku ponad Klausen - malowniczym miasteczkiem z gotyckim kościołem, regionalnymi restauracjami i Klasztorem Benedyktynów na skale. 
Wyciągi narciarskie znajdują się w odległości 15 km.

Rodzina Alois Pramstraller
Gufidaun 15
39043 Klausen
Tel. +39 0472 847930
info@feilerhof.it
www.feilerhof.it
www.roterhahn.pl/pl





Dżemy z owoców pochodzących z własnego sadu. Smakowały doskonale, a na etykiecie przeczytałam, że zawierają aż 70% owoców. Ale czy można spodziewać się dżemów niższej jakości w gospodarstwie położonym w górach, których najwyższy szczyt nazywa się Marmolada?





Latem na prywatnej łące można opalać się na leżaku, a zimą zjeżdżać na sankach.

4. Sielanka nad złotym stawem

Frötscherhof - nowo odrestaurowane gospodarstwo historyczne z XII w. położone w spokojnej sielankowej dolinie w pobliżu jednego z najbardziej urokliwych miasteczek Południowego Tyrolu - Bressanone (Brixen). Z okien roztacza się widok na górskie szczyty, tuż za progiem zaczyna się łąka, na której latem można się opalać i wylegiwać na leżaku. Można również skorzystać z sauny, a potem popływać w naturalnym stawie kąpielowym.
Dzieci w tym czasie będą ganiać kozy i króliki, obudzą kury z porannej drzemki, poskaczą na trampolinie, albo wybiorą się w rejs dookoła świata w drewnianej arce wybudowanej specjalnie dla nich koło placu zabaw. 
Zima w Tyrolu należy do narciarzy, a kto nie jeździ na nartach, ten może pożyczyć od gospodarzy sanki lub rakiety śnieżne i, tak czy inaczej, ruszyć na stok.

Niemal wszystkie produkty, które dostaniecie w koszu śniadaniowym pochodzą z własnych ekologicznych upraw. Na słonecznych zboczach gospodarstwa rosną liczne owoce i jagody, również zboża uprawiane są w sposób ekologiczny, a potem mielone we własnym młynie.

Rodzina Anna i Sepp Jocher
Mellaun 174
39042 Brixen / St. Andrä
Tel. +39 0472 852105
Tel. kom. +39 348 9280153
info@froetscherhof.com
www.froetscherhof.com
www.roterhahn.pl/pl




Domek z sauną


Arka - domek dla dzieci. W rejs można zabrać labradora gospodarzy :)


Do wyboru gości dostępne są 4 apartamenty, największy ma 3 oddzielne sypialnie


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...